„Tylko tędy przechodziłem”. Najnowszy tomik Jerzego Stachury
Fundacja Pomysłodalnia po raz kolejny wsparła gdyńskich poetów, pomagając im wydać najnowsze wiersze. Tomiki Jerzego Stachury, Jolanty Kmieć-Sabury oraz Lidii Ziurkowskiej-Michalewskiej ujrzały światło dzienne również dzięki wsparciu Prezydenta Maista Gdyni. Jako pierwszego prezentujemy van Gogha z Grabówka – o wierszach Jerzego Edwarda Stachury pisze Zbigniew Szymański.
„Tylko tędy przechodziłem”, a to co widziałem, piórem i pędzlem Wam opowiedziałem.
Ech, gdzie te czasy, gdy chwytał człowiek chlebak, gitarę i manierkę z czymś, co ma gasić pragnienie fizyczne a rozbudzać duchowe… i w drogę! Nie było ścieżek niemożliwych, a nawet, gdy były – to manowce, to koniecznie cudne. Jerzy Stachura, ten Tonny Halik naszej prowincji, poetyckimi notatkami z owych peregrynacji dzieli się z nami chętnie, czego przykładem kilkanaście tomików wierszy w miarę systematycznie wydawanych, i jak mało komu, możemy tym jego zapiskom wierzyć, bo jak pisał o jego wierszach – też poeta – Wojciech Fułek, Stachura: „Chce je poczuć pod stopami, pod palcami rąk”.
Dzisiaj, ten rozrzutny w przyjaźniach i swej franciszkańskiej miłości do całego świata globtroter oświadcza w najnowszym tomiku, że tak naprawdę, to jego wędrowanie, dzięki któremu cały trud zmagania się z każdą kolejną milą życia brał na siebie, nam czytelnikom pozwalając na tym swoim trudzie pasożytować, odbywało się jakby mimochodem, bo „Tylko tędy przechodziłem”. I chociaż w wierszu otwierającym tomik zarzeka się, że; „Nie ma mnie dla nikogo”, bo czas już odpocząć udręczonym nogom, i tylko: „Słucham w radiu niedzielnej mszy//Palę papieros piję piwo/piszę wiersz” – to my i tak dobrze wiemy, że to tylko poza, bo bez nas już żyć nie potrafi i wystarczy, byśmy domagali się bisu, a jeszcze nie raz podejmie swą nigdy niekończącą się pieśń drogi.
I takim bisem jest najnowszy tomik Jerzego, w którym wszystko to, za co go ceniliśmy, powraca na nowo, chociaż w formie bardziej skondensowanej, lapidarnej, zbliżającej te wiersze często do techniki haiku, za to w formie bardziej uszlachetnionej wieloletnią destylacją.
Kilka lat temu Stachura odkrył w sobie talent malarski, by, wzorując się na swoim mistrzu Van Goghu, malować techniką impresjonistyczną rzucanymi odważnie na płótno kolorowymi plamami, i zda się, że ta technika przeniknęła także do jego wierszy. Nic więc dziwnego, że jeden z rozdziałów najnowszych wierszy nosi tytuł „Wiersze na sztaludze”. Nie „ze sztalugi”, ale właśnie „na sztaludze”, a więc wiersze jakby niedokończone, niedopowiedziane, dające możliwość dopisania dalszego ciągu, czy to przez czytelnika, czy też samego autora.
Stachura nie mami nas żadnym artystycznym kuglarstwem, efektownymi błyskotkami rozbuchanych metafor, egzaltowanym tonem, zafałszowując nędzę naszego żywota. Codziennie staje przed wyzwaniem, gdy: „Nowy dzień w oknie/chociaż myśli wczorajsze” i dręczy się pytaniem: „Czym dziś zadziwię świat/żeby mu mowę odjęło//i stanął jak słup/na mojej drodze”.
A zadziwić mógłby łatwo – wzorem naszej poetyckiej młodzi negującej zastany porządek i epatującej estetyczną dezynwolturą – lecz czas, ten najlepszy nauczyciel i przewodnik z możliwych do wybrania dróg, wskazał mu trzy, a właściwie jedną w świętej Jerzego Trójcy miłość: miłość do sztuki, miłość do życia, ale nie tego danego nam od-do, lecz życia także poza kres naszej ziemskiej wędrówki. Nawet jeśli ta miłość: „To jedno wielkie kłamstwo/na krótkich jak życie nogach”, to jakiś porządek musimy ustanowić, by wydobyć z tego, co było na początku – z chaosu – nasze człowieczeństwo: „A jednak w ogniu miłości/szukałem prawdy”.
Chociaż miłość niszczy, jest pełna fałszu i niedopowiedzeń, to: „Jak żyć dalej/bez miłości/z blizną po serce” pyta poeta i nie jest to wcale retoryczne pytanie paprykarza, który wie dobrze, że odpowiedzi nie otrzyma. Stachura tej odpowiedzi uparcie szuka, nawet gdy: „Nie czuję już miłości/tak jakbym stracił kolory/i muzykę gdzieś zapodział//I jakbym każdy pocałunek/odwracał nocą/do ściany”.
Odwrócić do ściany – metoda to bezwzględna, ale czy może dziwić, gdy ta uparcie do ściany odwracana: „Zamieniłaś diament w sercu/na brylant u szyi//I teraz głowę mi toczysz/w dół krateru” – okazała się miłością merkantylną, miłością – modliszką, pożerającą ofiarę i toczącą jego głowę w głąb przepaści?
Na szczęście ona pewnie nie wie tego, co już poznał poeta, że każdy wulkan potrafi się przebudzić z największego nawet uśpienia i wybuchnąć ze zdwojoną siłą. Czyżby więc nieustanne błędne koło; miłość aż do unicestwienia, by później odrodzić się na nowo?
Uwierzmy poecie, który wielkie porywy mając już za sobą, wciąż jeszcze próbuje reanimować zabite przez żądną „brylantu na szyi’ kobietę, uczucie. Może możliwa jest jeszcze „Errata”: „Tak mogliśmy żyć- /ja, ty i wiersz//A nasze dzieci/ mogły być piękne/jak samogłoski//I pomyśleć tylko/że wystarczyło/jedno twoje słowo”. Jakie to słowo, i czy ono już padło, czy może dopiero zostanie wypowiedziane, tego niestety autor nie wyjaśnia, ale słów na opowiedzenie nam tego, co każdy wie, ale sam opowiedzieć sobie nie potrafi lub boi się, nie szczędzi i wierzę, że każdy z nas, to dla siebie właściwe, w tym tomiku znajdzie.
Jeżeli słowo, to i wiara, że ono było pierwsze. Nawet jeżeli poeta bywa rozrzutny: „Zbyt łatwo oszukuję siebie/na prawo i na lewo/trwonię słowo i obrazy”, to wie już, że w tym oszustwie nie należy być oszczędnym, bo kończy się to katastrofą: „Rzucam po jednym słowie/i codziennie/ świętuję przegraną”. Stąd już prosty wniosek: „A jednak mnie można żyć/bez wiersza—” ,więc słów nam nie żałuje, rozdając powściągliwie, lecz trafnie.
Stachura jest już w wieku, w którym Koheletowska „marność nad marnościami” staje się zwyczajną codziennością, uświadomioną i zrozumianą, a zrozumiana, traci swą wielkość, maleje, i co najważniejsze, mniej boli: „Świat się zmienia maleje/i czas zdaje się cofać//a i we mnie/coraz więcej niczego/puste wiersze/i makatki ścienne//Chyba nie zauważyłem/kiedy przestało/boleć życie”.
Ten obwieś, który tak sam o sobie pisał: „Ktokolwiek widział/niech zapomni” i jeszcze do niedawna stawiał się Panu Bogu, coraz częściej, teraz, gdy; „Już mi noce/jak długa podróż/i światła wypatruję/na końcu drogi”- sam pewnie jeszcze nie zdając sobie z tego sprawy – zbacza na manowce mistyczne. Udając, że to „Cud” pisze oczywistą oczywistość: „Wiara była zawsze/ widziałem w czarnej kałuży/znak pierwszych chrześcijan//I bóg się objawił dzieciom/ puszczającym latawce”.
Gdy było już wszystko, jak sprawić, by nie zmieniło się w nic? Stachura, w którym dusza poety i malarza stanowi jedność, wie, że słowem i kolorem można tę nicość zapełnić i pokonać. Zna szamańskie zaklęcia pełne „pięknych samogłosek”, otwierające serce wybranki; zna kolory, które pomogą mu osiągnąć drugą stronę tęczy. I temu poszukiwaniu drugiej strony tęczy – gdy ta pierwsza już dokładnie zdeptana w nieustannym wędrowaniu, a druga, którą raz nazwie miłością a raz Bogiem, być może przeczuwając, że to jedno i to samo – poświęcone są wiersze z najnowszego tomu poezji. Stachura jest poetą spełnionym, i jak mało który, może śmiało o sobie powiedzieć: „Niekiedy bywam bogiem/ale i on/ czasami staje się człowiekiem”.
Bywając Bogiem, czując w sobie ową twórczą moc: „I noc poprawiam po ludziach/a dzień po bogu”, zrozumiał, że życie pełne to takie, w którym: „Dzień jak hostia/z chleba białego”, i nawet jeśli, jak pisze w wierszu „Game over”: „Byliśmy tylko grą/w rękach jakiegoś boga/któremu minął czas/i skończyły się życia”- to udana fuzja tych trzech żywiołów- tej wyznawanej przez niego Trójcy w miłości – daje dopiero pełnię.
Twórczość, która uwzniośla i unieśmiertelnia, jednocześnie zabiera poecie jego tożsamość: „opowiedziałbym ci swoje życie//Ale wtedy/ to już nie będzie moje życie”. Poeta jednak kapitulować nie zamierza, i chociaż 13 baktun zda się wyznaczać przepowiedziany przez Majów kres, swojej pasji do miłości, miłości życia i wierszy, pozostanie wierny „Do końca”: „Już trzecią noc z rzędu/budzi mnie ten sam wiersz//Nawet dobry/ma ładne słowa/i dużo samogłosek//ale jest w nim coś/co spędza mi sen z powiek/co każe czuwać/nad kartką papieru” – dołączając tym samym do grona poetów, stróżów nocnych naszych sumień, naszych snów i jawy. Sam przy tym żyjąc w rozdwojeniu, z głową w chmurach, nogami mocno stąpa po ziemi, wierząc, że „Kiedyś i mnie/cienie drzew/przywiodą do lasu//A psy moje/uwiązane do budy ziemi/zerwą się z łańcuchów”.
Zanim jednak wierne psy uniosą poetę w bezkres lasu i na łąki niebieskie, mocno go trzymajmy za nogi, gdy tak ulatuje w przestworza, bo ten „gorszy katolik z Grabówka”, który sam o sobie mówi: „W ruinach domostwa/stawiam ołtarze”, jest nam, tutaj, wciąż potrzebny, gdyż jako artysta ma nad nami tę przewagę, że pokonać zdołał heraklitowa zmienność: „który to już raz/ wchodzę do tej samej rzeki”.
O tym, że rzeka wciąż ta sama, tak jak na szczęście wciąż te same, chociaż coraz bardziej lakoniczne formalnie przy bogactwie treści, są wiersze Jerzego Stachury, możemy przekonać się zanurzając w wartkim nurcie tej lirycznej rzeki. „Tylko tędy przechodziłem” skromnie mówi do nas poeta, ale owo „tylko” to dla nas niebywałe święto, to nie tylko „tyle”, lecz „aż tyle”, a że dobrego nigdy za wiele, zanurzając się w Stachurowej poetyckiej fali, czekajmy na nadejście następnej. Jak tonąć, to przynajmniej w dobrym towarzystwie.

