„Z Morskiej” Jolanty Kmieć-Sabury
Zapraszamy do zapoznania się z poezją gdyńskiej poetki z Grabówka, Jolanty Kmieć-Sabury. Tomiki poetyckie wydane przez Fundację będą dostępne we wszystkich oddziałach Biblioteki Publicznej w Gdyni.
Po raz kolejny zapraszamy do lektury obszernego wstępu autorstwa Zbigniewa Szymańskiego, tym razem do poetyckiego tomiku autorki „Z Morskiej”.
W dorzeczu ulicy Morskiej i Wieczności
„musisz tak iść w pętli spalin/przez całe stulecia morskiej”, czytamy w wierszu otwierającym najnowszy tomik poezji Jolanty Kmieć-Sabury: „Z Morskiej”. W czasach, gdy nikt niczego nie musi, niczego nikomu nie można nakazać, kim, czy też czym jest ta postać, która: „…wtopiła się już całkiem w koloryt tej dzielnicy/w jej przygarbione uliczki i nazbyt głośne chodniki”– postać, za którą: „Chłopcy z kapturami krzyczą…/Ty głupku/gdy wędrujesz bez końca z nieobecnym wzrokiem/i rękami schowanymi w kieszeniach poszarpanej kurtki”.
Jest nią czas, ten najdoskonalszy poeta, który w dorzeczu ulicy Morskiej oplątującym Grabówek wskrzesza nadzieje, gasi, gdy rozpłomienią się zbyt jasnym blaskiem wspomnienia, jednych odzierając z chwil im danych, innym: „…w kieszeniach poszarpanej kurtki”, pozwalając: „…ukryć łupiny dawnych pragnień/i odwiecznych przyjaźni”. Gdy Heraklitejska rzeka, owo „panta rhei” nie pozostawia ani chwili na zastanowienie, tylko poecie udaje się wejść dwa razy w jej nurt i wcale nie musi wchodzić głęboko, by poczuć „Dotyk piękna tak mocny/że milkną wszelkie słońca”.
Codziennie czujemy taki dotyk, mijamy takie miejsca, chwile i epifanie, w naszym zabieganiu, które stało się udręką niezaspokojonego pożądania dóbr doczesnych, nie przypatrując się im i nie zastanawiając, czy czasem to nie one mijają nas, a my goniąc za ułudą tuzinkowej doczesności, nie tracimy bezpowrotnie tego, co buduje naszą pamięć, tę jedyną niepowtarzalną tożsamość, nasze wiekuiste dobro.
Jeżeli na początku było słowo, znak naszego zbratania ze światem i znak organizacji chaosu w to, co nazywamy cywilizacją; jeżeli mowa stała się miarą naszego człowieczeństwa, muzyką nieświadomych swej roli grajków, to musieli pojawić się ci, którzy ten nadzwyczajny instrument na którym my – „homo” wygrywamy nasze „sapiens”, wzniosą ponad przypadkową doraźność dźwięków, układając je w partyturę odczytywaną wciąż na nowo przez kolejne pokolenia.
Czym byłby trud Odysa, gdyby nie szlachetny wysiłek ślepego śpiewaka z Chios? Błąkałby się pewnie w kipieli przypadkowych artefaktów nigdy nie zaznawszy swojej Itaki. Czym byłaby Itaka, bez unieśmiertelniającej ją pieśni aojda?
W czasach, gdy słowo stało się dla wielu czczą zabawką, okazją do destrukcji zastanego ewangelicznego porządku, są jeszcze na szczęście strażnicy naszego zaistnienia, którym dana jest moc zatrzymania i zawrócenia owej Heraklitejskiej rzeki.
Szczęśliwe miejsca i ludzie, nad którymi pochylił się poeta, ów Demiurg wierzący w sens ocalenia od zapomnienia.
W Gdyni, takim szczęśliwym miejscem jest dzielnica Grabówek, mająca swoją kronikarkę w osobie poetki Jolanty Kmieć- Sabury, której, choć nie o sobie pisze, ale jej to: „Postać wtopiła się już całkiem w koloryt dzielnicy/w jej przygarbione uliczki i nazbyt głośne chodniki”.
To dzięki niej życie dzielnicy i zamieszkujących ją: Zbyszka, Andrzeja, Marka, nabiera nieprzemijającego sensu. Ich „…szlaki/powszednich wzruszeń i gestów”, szlaki będące kontynuacją trudu tych, którzy przecierali je już wcześniej i projekcją marzeń tych, którzy zmierzą się z nimi dopiero jutro, stają się wysiłkiem uświęcającym ich egzystencję. Łatwiej żyć z myślą, że „musisz tak iść”, gdy wiesz, że twym krokom towarzyszy pamięć aojda, który tej wędrówce jest „wierny jak pomruk gniecionych puszek/na szlaku śmietnikowych skarbów…”, gdy to, co codzienne, powtarzalne, trywialne w swej bylejakości, staje się wersem naszej wspólnej, niekończącej się epopei.
Autorka cały dramatyzm ludzkiej egzystencji ogranicza do małego wycinka rzeczywistości, jednej gdyńskiej dzielnicy i jej okolic, oszczędnie przy tym operując obrazem i słowem, zręcznie powszedniość ubierając w uwznioślające metafory, nadające temu, co wydaje się oczywiste i szare, walor uniwersalizmu. Dzięki poetyckiej sztuce Jolanty Kmieć- Sabury i my, szaraczkowie, możemy się poczuć Odysami podążającymi do swojej Itaki, czy też Argonautami poszukującymi złotego runa. Chociaż poetka unika patosu, dramatyzm losów osób, które znalazły się w kręgu jej uwagi (nawet, gdy osoby te pozostają anonimowe, jak w wierszu „Milczenie”) wybrzmiewa ze zwielokrotnioną siłą. Opisanie kogoś, przywołując milczenie sprzętów, które po nim pozostały, pustki miejsc, które daną osobę gościły, to kunszt godny mistrzów pióra sprawiający, że indywidualne losy: „…przechowam jak smutek nadziei”
Jolanta Kmieć – Sabura jest poetką doświadczoną, nie musi już eksperymentować z treścią i formą, goniąc za przelotnymi modami. Rozumie, że poeta będąc akuszerem spraw pięknych i wzniosłych, jest jednocześnie ich grabarzem. Będąc aktywną uczestniczką sierpniowych uniesień, tych dni, które wstrząsnęły Polską i tym jej wycinkiem, jakim jest Grabówek, boleje nad rozpadem tego, o czego naprawę walczyła; a że jej krucha fizyczność gwałtownym działaniom raczej nie sprzyja, rozumiejąc, iż najgłośniejszym krzykiem jest milczenie, zamyśla się nad „statyczniejącym”, a niegdyś bardzo dynamicznym, pejzażem postoczniowym obserwowanym z miejsca „Na peronie”, miejsca, gdzie zaczęła się grudniowa tragedia gdynian.
Widząc: „…pętlę dźwigów/o korpusach które z dnia na dzień zapadały się w sobie”, myśląc: „o stoczniowych kotach/co zlizują teraz wodę z szarej jak piołun rdzy/i przemierzają bez końca bezdomne przestrzenie/zbędnego już państwa porzuconych suwnic/zamkniętych bram zgaszonych palników”, ze smutkiem konstatuje, iż: „po same krańce zimowych dni poniesiesz ten pejzaż”.
Dzięki talentowi poetki także i my będziemy dźwigali ten smutny pejzaż zagłady sensu i nadziei, przekazując jego obraz potomnym ku przestrodze.
Warto w dzisiejszych tak bardzo skomercjalizowanych czasach, które z nas, „homo sapiens” czynią „homo emptor”, poddać się pięknu malowanych przez poetkę ginących krajobrazów dorzecza ulicy Morskiej. Jeszcze raz spojrzeć: „…na grzbiety/tych książek spiętrzonych w witrynie/maleńkiej księgarni u zbiegu Morskiej i Okrzei”, czy zasiąść na seansie w kinie „Fala”, by przypomnieć sobie; „Czym były wtedy dla nas dźwięki podnoszonych krzeseł/twardy dotyk drewnianych poręczy i szum burej taśmy/przesuwającej się na ekranie”.
Warto też przypomnieć sobie tych, których wartki nurt ulicy Morskiej uniósł ku niezgłębionym głębiom, tych, którzy utknęli na mieliźnie, czy też tych, których gwałtowny wir transformacji ustrojowej pochłonął na zawsze.
Szczęśliwe miejsca, szczęśliwi ludzie , których z anonimowości wydobywa poetycki kunszt autorki. Jej wiersze epitafia pełne empatii dla ludzkiego bólu i losu nie pozwolą zapomnieć o Andrzeju, Marku, Zbyszku, Alicji, Karin, Marcie, Wiesławie, Nikoli i „dzieciach tego miasta” , którym nie przyszliśmy z pomocą ; „Ta poduszka przechowa odcisk twojej główki/spojrzenie ciemnych oczu/kiedy zabiorą dwa ciała/twoje malusieńkie i jeszcze lżejsze o chwile/gdy wołałaś o kromkę i łyk wody na gardło wyschnięte/od płaczu tak daremnego jak twoje dreptanie/po kuchni i pokoju w tej kamienicy/której ściany nie pozostaną bez winy/jak i my wszyscy oddaleni/o parę wzmocnionych drzwi/i bramki strzeżonych osiedli/mieszkańcy światów odległych o setki lat”.
Z każdym nowym tomikiem takich epitafijnych motywów i wierszy dedykowanych pamięci osób ważnych w życiu poetki jest niestety coraz więcej, bo „każdego dnia wychodzi ktoś na chwilę/ do sklepiku za rogiem do apteki lub tak jak ty na pocztę/ na skrzyżowaniu Morskiej i wieczności/w którą obraca się rzucone z progu „na razie”/.”
Poezja Jolanty Kmieć- Sabury sprawia, że owa „wieczność”, maskowana eufemistycznym „na razie”, jest dla nas mniej straszna, łatwiejsza do oswojenia i wpisania w naszą własną epopeję.
„Najważniejszym było nie wypuszczać nadziei z ręki” pisze w wierszu „Głosy” poetka i głęboko wierzę, że my, czytelnicy, dopóki w jej ręce znajduje się tak sprawne pióro, dzięki któremu nasza codzienność staje się mniej szara i przypadkowa, takiej nadziei nie stracimy. Wiersze Jolanty Kmieć- Sabury to strofy, do których warto sięgnąć, by odnaleźć w nich siebie, swoich bliskich, sąsiadów i przyjaciół, przypomnieć sobie smak i zapach minionych chwil, ponownie zanurzyć się w nurcie dorzecza ulicy Morskiej (a taką ulicę i takie dorzecze, wierzę, każdy z nas w sobie nosi), aby pokonać Heraklitowy determinizm, owo deprymujące „panta rhei”, które topi w nas wszelki sens i nadzieję.

