O Teatrze Miejskim i… teatrze miejskim

Jarosław Zalesiński: No to jest bardzo źle. Wynika z tego, że arbitralny pomysł na repertuar prowadzi właśnie do rozmijania się z publicznością, która jest z definicji różna. Jedyna rzecz, jaką można podpowiedzieć to, zacytuję tutaj jedną z rozmów, które przeprowadziłem, „taki szlachetny eklektyzm”. On jest czymś, co teatr tego rodzaju musi brać pod uwagę, musi to urzeczywistniać, musi być też różnorodniejszy. Nie budowałbym alternatywy: albo artystyczny, albo eklektyczny, bo to jest fałszywa alternatywa. Nie ma co tworzyć takiej alternatywy, bo nawet historia Teatru Miejskiego pokazuje, że można te dwie formy pogodzić, jest to tylko kwestia osobowości i pomysłowości nowego szefa. Cała waga leży teraz na wybraniu nowego następcy. I jedna rzecz w tym troszkę niepokoi, bo z tego, co słyszałem, to odejście dyrektora Bunscha nie wynikało z niskiego poziomu repertuaru, ani z tego, że nie cieszył się ten repertuar wystarczającym zainteresowaniem publiczności. Rzeczywiście R@port został przycięty w takim momencie, kiedy jego linia była wznosząca. Moim zdaniem niepotrzebne było majstrowanie przy tym przedsięwzięciu. Z tego, co słyszałam, rzecz się wzięła z niezadowolenia Urzędu Miasta i to mnie trochę martwi. Troszkę mnie też niepokoi styl odpowiedzi urzędników na zaproszenie UM na to spotkanie. Rozumiem, że mogą to być osobiste niechęci i anse wobec bardzo krytycznej Gazety Świętojańskiej, ale niepokoi mnie to, że wygląda to trochę tak, jakby władze miasta myślały sobie, że tylko one wiedzą, co mają zrobić i że chcą to zrobić tylko we własnym gronie, własnym zakresie, nie wsłuchując się specjalnie w głosy, które mogą pojawić się na miejscu. Niepokoi mnie też to, że tak długo czekamy na zdefiniowanie polityki miasta i odpowiedzi na pytanie, czy będzie konkurs.

Jan Ciechowicz: Ale dyrektor mówił, że raczej tak.

Wojciech Zieliński: Według statutu tak, konkursy mogą mieć różne formuły, z drugiej strony ustawa o działalności instytucji kultury dopuszcza w sposób bezkonkursowy wybór nowego dyrektora.

Jarosław Zalesiński: W ten sposób Ingmar Villqist został dyrektorem. Otrzymał tę propozycję w odpowiedzi na ten sam pomysł repertuarowy, który tak krytycznie tutaj oceniam. Właściwie pod koniec drugiego sezonu dotarło do mnie, że ten repertuar to pomysł kiepski, wadliwy, prowadzący donikąd. Widziałem, że ten teatr przestał oddychać, stał się mało atrakcyjny. Z tego powodu zrobiłem się wrażliwy na dwie rzeczy. Jedna, to że chciałbym szybko dowiedzieć się od władz miasta, co one zamierzają dalej z tym zrobić, dobrze by było nawet jakieś ciśnienie zrobić, by szybko i rozsądnie ten problem rozwiązać. Bardzo trudno jest mi odpowiedzieć na pytanie, cze już stało się tak, że Teatr Miejski stracił swoją publiczność. Z tego co wyniosłem z rozmów z kilkoma osobami, to tak się jeszcze nie stało, a gdyby miało tak się stać, to teatr jeszcze nie stracił opinii. Mogłaby przyjść tu osoba ciekawa, wartościowa, która już pokazała, że potrafi taki teatr lokalny stworzyć. Być może nie jest za późno. Nie jest też w moim przekonaniu za poźno, by wróciła publiczność. Jeżeli znaleźlibyśmy odpowiednią osobę, która potrafi wytworzyć pewną atmosferę zaciekawienia, że jest inaczej niż było, to z sezonu na sezon publiczność wróciłaby do teatru. Dla mnie cała sytuacja jest kwestią techniczno-informacyjną, szybkiego przeprowadzenia konkursu i znalezienie sensownej osobowości teatralnej. Rzecz druga R@port. Unia personalna pomiędzy dyrektorem teatru, a szefem R@portu wzięła się stąd, że Bunsch był współpomysłodawcą R@portu i był też dyrektorem Teatru Miejskiego. Na pewno należy odejść od pomysłu Villqista, żeby co roku powierzać prowadzenie R@portu nowej osobie. To powinien być festiwal autorski, więc należy powierzyć tę imprezę komuś na kilka lat, komuś, kto mógłby myśleć o niej w szerokiej formie, nie tylko w ramach spektakli festiwalowych i tego wszystkiego, czym można obudować R@port. Chciałbym, aby nowy dyrektor TM miał koncepcję przekazania komuś poprowadzenia festiwalu, by sam mógł się zająć odbudowaniem widowni w teatrze „codziennym”. Problem widzę głównie w tym, że nie znam jasnej odpowiedzi na pytanie o sposób myślenia właściciela teatru na temat dyrektora w tej kwestii.

Piotr Wyszomirski: Przypominam, że w poprzednim konkursie startowało tylko trzech kandydatów, w tym, tak naprawdę, z całym szacunkiem dla dwóch pozostałych, tylko jeden z szansami, czyli ustępujący dyrektor Jacek Bunsch. Nie świadczyłoby to dobrze o marce Teatru Miejskiego w Gdyni…

Joanna Puzyna-Chojka:Moim zdaniem, ale to jest wyłącznie moje prywatne zdanie, Jacek Bunsch zadeklarował chęć pozostania w teatrze, ale bez przeprowadzania konkursu. Myślę też, że zostało to odebrane przez środowisko w taki sposób, chcę wierzyć lojalność środowiskową, że to jest „jego teatr” i nie należy, przynajmniej na tym pierwszym etapie, wchodzić mu w drogę.

Mirosław Baran:Mam to szczęście albo pecha, że wypowiadam się ostatni, a chciałbym się odnieść do paru różnych kwestii. Chciałbym zaznaczyć wyrazy szczerego ubolewania, że nie przyjął zaproszenia nikt z Urzędu Miasta, czy organizatorów festiwalu, bo jak wiadomo ostateczna decyzja należy do miasta, głównie prezydenta Wojciecha Szczurka. Chciałbym uzupełnić informacje, które były tutaj podawane; rozmawiałem w środę dość długo z Panią Joanną Grajter – rzecznikiem prasowym prezydenta Gdyni, z których wiadomo, że w tej chwili prezydent Szczurek odbywa serię spotkań, w trakcie których zastanawia się nad formułą teatru, zastanawia się również nad sposobem wyboru nowego dyrektora. Co wcale nie znaczy moim zdaniem, że konkurs musi być oczywistym sposobem wyboru nowego dyrektora, choć być może taka decyzja zapadnie. Te rozmowy są prowadzone, tu zacytuję Panią rzeczniczkę: „z ludźmi teatru” z całej Polski. Czyli podejrzewam, że z potencjalnymi kandydatami również. Chociaż czasowy byt sceny jest zabezpieczony, naprawdę wydaje mi się, że nowego dyrektora należy mianować najpóźniej w styczniu – lutym. Więc nawet terminy gonią miasto, na rozpisanie ewentualnego konkursu mogłoby nie starczyć czasu.

Mówimy o jedynym teatrze dramatycznym w mieście kilkusettysięcznym; jedynej scenie utrzymywanej przez miasto, jednym z dwóch teatrów dramatycznych w milionowej metropolii. Scena w jakiś sposób powinna być lokalna, bo za podstawowy obowiązek ma zaspokajać potrzeby teatralne mieszkańców. Zauważmy, że na wielu scenach – szczególnie z mniejszych ośrodków, które odnosiły ogólnopolskie sukcesy, zaczęło się przede wszystkim od konsekwentnego budowania scen lokalnych i szukania nowych form kontaktu z publicznością, nawet wprost: szukania nowej publiczności. Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że publiczność jest jedna, poniekąd pokazały to nawet ostatnie lata w Teatrze Wybrzeże. Zaryzykuję tezę, że publiczność Macieja Nowaka w dużym stopniu różni się od publiczności Adama Orzechowskiego, co pozwalało obu tym dyrektorom osiągać niezłe wyniki frekwencyjne. I to w tym przypadku już na pięciu scenach, często grających równolegle. Więc nawet jeżeli założymy, że tak samo było z publicznością Jacka Bunscha z Teatru Miejskiego to po prostu Villqistowi nie udało się przyciągnąć nowej publiczności. Jednak wierzę, że w kilkusettysięcznej Gdyni, już nie licząc całego Trójmiasta, ta publiczność, która zapełni kilkusetosobową scenę trzy razy w tygodniu na pewno gdzieś jest. Według mnie ten problem może wynikać nie tylko z doboru repertuarowego, tylko z tego o czym mówiliśmy: słabej, szeroko rozumianej komunikacji społecznej sceny.

Wydaje się, że miasto Gdynia będzie szukało formuły teatru eklektycznego, który będzie próbował znaleźć różną widownię dla swoich projektów. Jedyną rzeczą, której się obawiam w tej chwili, to przez wiele osób powtarzany zwrot, że zawiodła formuła teatru artystycznego w Gdyni. Jak słusznie zauważyła Joanna Puzyna-Chojka, pomysły dyrektora Villqista nie wypełniały całości tego, co można nazywać teatrem artystycznym. Strasznie się jednak boję, że casus Villqista będzie używany przez miasto jako argument przeciwko ambitniejszym projektom i to nie tylko repertuarowym. Nie przysłużyłoby to się nie tylko teatrowi trójmiejskiemu, ale również gdyńskiej publiczności, która nie jest, jak mówiłem, typową publicznością Sceny Letniej. Wydaje mi się, że Teatr Miejski im. Witolda Gombrowicza jest w strasznym momencie, a nowy dyrektor stanie przed trudnym zadaniem. O ile chodzi o samo funkcjonowanie teatru na scenach całorocznych doszliśmy do momentu, że niemożliwa jest kontynuacja tego, co się działo w ostatnich latach, czy miesiącach i w tym względzie nie podzielam optymizmu niektórych przedmówców. Wydaje mi się, że scena jest w strasznie złej formie, totalnie straciła swoje imię, zespół aktorski jest różny i nie ma w nim żadnego ruchu, na pewno wymaga zmian personalnych. Sytuacja w zespole, nie tylko artystycznym, jest zła – mówię tu o rozmaitych konfliktach i przeciekach, co nie świadczy dobrze o komforcie pracy na tej scenie. Repertuar Bunscha jest w tej chwili dogrywany, repertuar Villqista większych szans powodzenia nie ma, więc tak naprawdę wydaje mi się, że nowy dyrektor artystyczny będzie musiał postawić grubą kreskę na wielu polach personalnych i repertuarowych, zaczynać praktycznie od zera. Pytaniem otwartym jest, czy będzie mógł dokonać takich zmian.

Joanna Puzyna-Chojka: Zgadzam się.Nie zależy to bowiem tylko od organizatora, czyli UM, wiemy dobrze, że poprzednie dyrekcje były poniekąd zakładnikiem zespołu czy związków zawodowych i sam fakt, że przeciekały różne informacje, świadczy o dużej konfliktowości. Potwierdza to, że będzie niesłychanie trudno rzeczywiście tę grubą kreskę postawić. Presja jest niesłychanie duża.

Mirosław Baran: A z drugiej strony uważam, że trudno sobie wyobrazić funkcjonowanie sceny, która byłaby próbą jakiejkolwiek kontynuacji…

Joanna Puzyna-Chojka:Przede wszystkim ważna jest konstrukcja zespołu artystycznego, który w tej chwili nie tylko posiada wręcz wakaty po śmierci Sławomira Lewandowskiego i po przejściu do Warszawy Dariusza Siastacza, ale od wielu lat właściwie się nie zmienia. Wiadomo, że to jest też kolejny bodziec dla publiczności, żeby oglądać nowe twarze na scenie, żeby też zaczęło coś iskrzyć w tym zespole przez nowe konfiguracje ludzkie. To są oczywiste prawdy, ale myślę, że to jedno z rzeczywistych wyzwań dla nowego dyrektora. Nie wyobrażam sobie, żeby zostawić to wszystko w takiej sytuacji, jak w tej chwili jest. Znamy przykłady z historii teatru wręcz radykalnej wymiany zespołu wraz z nadejściem nowego dyrektora. Czasami kończyło się to też konfliktami. Ale do jakiejś zmiany dyrektor musiał dopuścić.

Jan Ciechowicz: Wracając do historii teatru naszego miasta, kiedy w 1946 Iwo Gall obejmował dyrekcję teatru w Gdyni przecież, bo Gdańsk był zrujnowany; w tej stodole w której miejscu dzisiaj mieści się imponujący Teatr Muzyczny; otóż Iwo Gall z krakowskim studiem aktorskim przyjechał w całości, z 27. nowymi osobami i wszystkich niemal – łącznie z Tadeuszem Gwiazdowskim, jak pamiętam z lektur – ludzi, którzy tworzyli podwaliny tzw. Teatru Komedia po prostu zwolnił z dnia na dzień. Czyli takie radykalne przykłady miały miejsce. Mało tego, przez trzy lata, prowadząc Teatr Wybrzeż,e miał sukcesy znakomite, mówiło się: „radykalny wirus”.

Joanna Puzyna-Chojka:Ale Lidia Zamkow to samo zrobiła w Teatrze Wybrzeże, kiedy przyjechała z rocznikiem szkoły teatralnej, Romana Próchnicka w Kaliszu, Mikołaj Grabowski w Teatrze Nowym w Łodzi i to na ogół inicjowało zupełnie nowy, fantastyczny etap rozwoju teatru.

Jan Ciechowicz:Wydaje mi się, że moglibyśmy powiedzieć, że Gdynia jest mocnym, prężnie działającym ośrodkiem miejskim, samorządowym. Pozycja Wojciecha Szczurka jest pozycją znakomitą, również potwierdzoną ostatnimi wyborami. Za Teatrem Miejskim przemawia świetny jego patron i to, co się udało zrobić, przede wszystkim świetne inscenizacje gombrowiczowskie Waldemara Śmigasiewicza, a wcześniej również ciekawe próby z Schulzem . Jest możliwość inscenizacji dzieł zebranych Gombrowicza, dużo już zrobiliśmy, ale można pomyśleć o innych. Po stronie plusów cały czas stoją R@port i Gdyńska Nagroda Dramaturgiczna, kiedy Gdynia na tydzień staje się stolicą teatralną Polski, przynajmniej, jeżeli chodzi o dramaturgię współczesną, tak jak staje się na moment stolicą filmową podczas Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych. Oddajmy też honor panu prezydentowi, bo to jest znakomita nagroda: 50 tys. złotych! Wokół tego można wiele budować. Wracając jednak do konkursu: przy tych wszystkich zawirowaniach, o których wspomnieliśmy, myślę, że dla dobra Teatru konkurs powinien mieć formę otwartą, żeby w żaden sposób nie sprawiał wrażenia, że jest „ustawiony”. Choć rozumiem też opcję, że władze proszą potencjalnych kandydatów na rozmowy, mogą to być też duety artystyczne: świetny reżyser i kierownik literacki z nim razem, jeżeli ciężar jest aż tak trudny do podźwignięcia. Nie byłoby Teatru Laboratorium, gdyby Jerzy Grotowski był sam, nie miał cały czas u boku Ludwika Flaszena itd. Nie godzę się na formułę teatru artystycznego, tak to w XIX wieku funkcjonowało, na chwilę obecną nie buduje się teatru w oparciu o świetny dramat, to zdecydowanie za mało. Jeden z największych sukcesów tutaj, w Gdyni, to był „Kapelusz pełen deszczu”, co prawda nie w Teatrze Miejskim, ale w Teatrze Wybrzeże. Debiut Andrzeja Wajdy z 1959 roku, na podstawie dramatu Gazzo. Kto słyszał o takim autorze? Jakiś zamerykanizowany Włoch, sztuka o narkomanii, to było ważne wtedy i ważne było, że był znakomitym, młodym reżyserem sprawdzonym poprzez „Popiół i diament” i najważniejsze: że miał Zbigniewa Cybulskiego. Ludzie chodzili wtedy na ten „Kapelusz”, było ze 140 powtórzeń, taki był to szlagier. Czyli byłyby także inne sposoby i pomysły, do czego także obliguje R@port. To jest odpowiedź z rzeczywistości społecznej, ogólnej. Ta rzeczywistość za oknem powinna być tą komentowaną. Jednym słowem: jeśli będzie to rozegrane w sposób rzetelny i poważny, i jeżeli nawet ci kandydaci przejdą przez poważną próbę rozmowy oraz oceni ich jak najbardziej kompetentne ciało decyzyjne: nie tylko urzędnicy, ale ludzie, którzy choć trochę na teatrze się znają. Wtedy ma to szansę bytu.

Też macie rację państwo w tym, że tu się naprawdę pali! Trzeba tę decyzję podejmować możliwie jak najszybciej: ona powinna być jak najbardziej transparentna, z zamierzeniem: 4 – letnia kadencja, ale z ważeniem sił i środków, powinności, ale i przywilejów. Miejmy nadzieję, że ten duet, bo mnie się marzy duet artystów, postawi także swoje warunki.

Joanna Puzyna-Chojka:Mam parę dopowiedzeń. Wydaje mi się, że patronat Gombrowicza nie tylko zobowiązuje do tego, aby grać jego utwory. Ja zawsze marzyłam o tym, aby wyciągnąć wnioski z lekcji, którą Gombrowicz nam dał i żeby ten patronat wyznaczał też pewien sposób myślenia o kulturze, żeby zawierał sposób radzenia sobie Gombrowicza z tworzywem, z kanonem, aby to wszystko w jakiś sposób się przenikało: nie tylko Gombrowicz jako autor, ale również Gombrowicz jako myśliciel. Druga rzecz, jaka jest do wypełnienia, to partycypacja Teatru Miejskiego w projekcie Gdańsk i Metropolia, choć na razie Metropolii nie widzę, jako kandydat do europejskiej stolicy kultury w 2016 roku. Do tej pory na przykład nie mogę zrozumieć dlaczego festiwal R@port, który jest coraz bardziej europejski, nigdy nie mieścił się w orbicie tego projektu, nigdy nie był wymieniany jako jedna ze sztandarowych imprez kulturalnych Trójmiasta. Też wydaje mi się ważnym, aby mysląc o Teatrze Miejskim jako o teatrze miejskim, czyli teatrze lokalnym, nie gubić tej drugiej, szerszej perspektywy . Trzeba mieć pomysł, aby się wpisać w te przygotowania i naprawdę uważam, że Teatr Miejski ma tu coś do zaoferowania.

Mirosław Baran:Chciałem zwrócić uwagę, że wszyscy jak tu siedzimy chwalimy – i słusznie – R@port i Gdyńską Nagrodę Dramaturgiczną, trochę tracąc z pola widzenia fakt, że świetność tych dwóch przedsięwzięć i ich renoma nie przekłada się w żaden sposób na codzienne funkcjonowanie tej sceny.

Piotr Wyszomirski:Czy w ogóle wiemy jakie są oczekiwania gdyńskiej publiczności?

Joanna Puzyna-Chojka:Nie ma sensu tworzyć żadnych form odgórnych, tak jak „teatr artystyczny”, bądź „teatr dla ludzi”. Unikajmy prostych haseł. Można np. badać publiczność, wystawiając im bardzo rozmaite projekty, którym przyświecać będzie założenie różnorodności, zawłaszczając również do tego przestrzenie naszego miasta. Robił to m.in. Maciej Nowak w Gdańsku i to się sprawdziło.Wierzę, że Gdynia również ma takie przestrzenie, w których można by było opowiedzieć jakąś historię. Z tego założenia wyrasta idea festiwalu Miasto w Legnicy, szuka się przestrzeni, które mają do zaoferowania swoją opowieść. I z tego się rodzi dramat.

Piotr Wyszomirski:A co z lokalnymi kandydaturami? Przez nas bardzo często przemawiają kompleksy, sprowadzamy np. Jacka Żakowskiego, aby poprowadził debatę o współczesnej dramaturgii…

Joanna Puzyna-Chojka:Gdynia potrzebuje wielkiego nazwiska, najlepiej dwóch wielkich nazwisk. Jacek Żakowski prowadził debatę nie tylko po R@porcie, prowadził również debatę, która się rozgrywała wokół wydarzeń związanych z Nagrodą Literacką Gdynia.

Piotr Wyszomirski: Nie mam nic przeciwko Jackowi Żakowskiemu, wręcz jestem za, ale nie na takich zasadach jak na R@porcie, kiedy słynny dziennikarz wpadł na Festiwal w ostatniej chwili, obejrzał dwa spektakle i na podstawie tego prowadził debatę o współczesnej dramaturgii. To była chałtura, nie musimy godzić się na takie sytuacje.

Możesz również polubić…